Tajlandia – informacje praktyczne

Artykuł pod tym samym tytułem powstał już w 2017 roku, ale niektóre kwestie się zmieniły, więc warto o nich wspomnieć. Nasza podróż miała miejsce na przełomie grudnia 2025 i stycznia 2026, więc informacje poniżej są ważne na ten moment.

DOKUMENTY

Obywatele Polski (oraz wielu innych krajów UE) nie potrzebują wizy, żeby wjechać do Tajlandii na okres do 60 dni. Jeżeli planujecie zostać w kraju uśmiechu dłużej, to musicie starać się o wizę turystyczną. Wniosek można złożyć na TEJ stronie. Bez względu na długość pobytu, na 3 dni przez przyjazdem należy wypełnić TDAC (Thailand Digital Arrival Card). Po wypełnieniu wniosku dostaniecie na mejla kody QR. Można wypełnić jeden wniosek dla całej rodziny. Podróżując do Tajlandii nasz paszport musi być ważny minimum 6 miesięcy. Oprócz tego może się zdarzyć, że celnik zapyta Was o bilet powrotny oraz środki niezbędne na pobyt na miejscu (min 10 tys THB/osobę). Nas nikt o nic nie pytał. Na wjeździe nie mieliśmy ze sobą żadnej gotówki, jedynie walutę na karcie Revolut, więc nie wiemy jak wygląda taka kontrola.

PIENIĄDZE I PŁATNOŚCI

Walutą obowiązującą w Tajlandii jest bat tajski. Na chwilę obecną 10 THB to 1,16 PLN, 3 SEK, 0,27 EUR. Musimy przyznać, że po naszej zeszłorocznej podróży do Malezji, gdzie płacenie kartą jest bardzo popularne, byliśmy dosyć zdziwieni sytuacją w Tajlandii. Tam w dalszym ciągu „cash is king”. Oczywiście w niektórych hotelach, restauracjach czy atrakcjach typu park wodny można było płacić kartą, ale jednak na co dzień musieliśmy mieć dużo gotówki na co do końca nie byliśmy przygotowani. Wiemy, że większość osób z Polski zabiera ze sobą dolary bądź euro i wymienia na miejscu, ale my mieszkając w Szwecji już tak dawno odeszliśmy od gotówki, że jakoś totalnie inna opcja niż karta i wyjmowanie pieniędzy z bankomatu nie przychodzi nam do głowy 🙂 Każdorazowa wypłata z bankomatu kosztuje 250 THB, a maksymalnie można wybrać 20 tys THB. Poza tym z Revoluta mogliśmy wybrać pieniądze z bankomatu bez dodatkowych opłat tylko 2 razy (a wynikowo wybieraliśmy 4 razy), później ponosiliśmy dodatkową opłatę.

TRANSPORT

Tak jak już wspominaliśmy wcześniej, tym razem postanowiliśmy przemieszczać się własnym środkiem transportu i na prawie 2 tygodnie wypożyczyliśmy samochód. Za 13 dni zapłaciliśmy 9660 THB (w tym pełne ubezpieczenie oraz opłata za oddanie w innym miejscu). Do tego kaucja 10tys THB tylko kartą kredytową. Międzynarodowego prawa jazdy nikt nie sprawdzał.

Drogi w Tajlandii są na prawdę dobre i jeżeli prowadzenie samochodu po lewej stronie nie jest dla was problemem, to bardzo polecamy. Tomek akurat lubi jeździć samochodem, więc dla niego droga sama w sobie jest przygodą, a do tego można zobaczyć kraj z zupełnie innej perspektywy.

Na wyspę Koh Yao Noi dostaliśmy się speedboatem. Bilety zamówiliśmy z wyprzedzeniem (co nie jest konieczne) na TEJ stronie. Pomiędzy lotniskiem w Phuket a przystanią oraz w Bangkoku przemieszczaliśmy się Grabem (azjatycki Uber). O transporcie w Bangkoku pisałam już więcej TU.

LOT LINIAMI AIR SAUDIA

O połączeniach lotniczych z Polski wiem niewiele, więc zapewne znajdziecie lepsze informacje w innych miejscach. Mogę jedynie wspomnieć o tym, że LOT uruchamia od tego roku bezpośrednie połączenia do Bangkoku, a podobno najtańszą opcją z Polski są loty liniami Air Arabia.

My jak wiecie latamy z Kopenhagi i tym razem zdecydowaliśmy się na zakup lotów przez Air Saudia. Była to dla nas najtańsza opcja biorąc pod uwagę sezon świąteczno – noworoczny. Podróż była szalona i trwała ok 24 godziny w każdą stronę. Rozumiemy, że to nie dla każdego, ale wspomnimy jak to u nas wyglądało. Nasz lot składał się z trzech odcinków: Kopenhaga – Paryż – Rijad – Bangkok, a z powrotem Bangkok – Jeddah – Amsterdam – Kopenhaga.

Zacznę od tego, że totalnie nie ogarnęłam jak duże i skomplikowane jest lotnisko CDG w Paryżu. Planowo mieliśmy mieć przesiadkę 2,5 godziny. Myśleliśmy, że to dużo czasu. Ale biorąc pod uwagę, że musieliśmy zmienić terminal, przejechać pociągiem, przejść kontrolę paszportową, która trwała wieki, to te 2,5 godziny były na styk. Ale nasz kolejny lot był i tak opóźniony chyba 2 godziny, więc mieliśmy sporo czasu. Nawet udało nam się dostać vouchery na jedzenie na lotnisku, więc załapaliśmy się na świeże francuskie wypieki i winko w barze.

W Rijad planowo mieliśmy mieć aż 7 godzin. Początkowo rozważaliśmy wyjście na miasto, ale zdobycie darmowych wiz, które teoretycznie przysługują pasażerom Saudia okazało się technicznie niewykonalne (strona odrzuca wszystkie wnioski – podobno nikomu się jeszcze nie udało wygrać z systemem). Później Adam nam zachorował na 2 dni przed wyjazdem, więc już wiedzieliśmy, że nie ma co kombinować i będziemy koczować na lotnisku. A wynikowo lot się opóźnił, więc i tak mieliśmy znacznie mniej czasu. Dodam do tego, że temperatura w Rijad wieczorem wynosiła zaledwie 5 stopni! Na to na pewno nie byliśmy przygotowani, bo nasze kurtki były w walizkach. Lotnisko w Rijad nic specjalnego sobą nie reprezentuje. Jest na nim bardzo zimno, nudno, a do tego zero informacji. Nasz kolejny lot był również opóźniony, ale do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy ile. Lotu w ogóle nie było na tablicy, a do tego nie było nikogo kto mógłby nam udzielić jakiejkolwiek informacji.

Sam lot liniami Saudia był całkiem ok. Samoloty może nie najnowsze, ale nie ma co narzekać. Wybór filmów był całkiem spory, dostaliśmy kocyki, poduszki, skarpetki, opaski na oczy itd. Jedzenie był całkiem smaczne, ale nie było go zbyt dużo. Wybór napojów bardzo mały (nie było napojów gazowanych, jedynie soki, kawa, herbata), no i oczywiście zero alkoholu. Z ciekawostek zaraz po starcie musieliśmy wysłuchać modlitwy do Allaha o dobrą podróż, a z tyłu samolotu jest „pokój modlitewny” (czyli wyjęte kilka rzędów foteli, dywanik i zasłonki plus ekran wskazujący gdzie jest Mekka).

Podróż powrotna minęła nam już bez przygód, ale lotnisko w Jeddah tak samo beznadziejne jak w Rijad i do tego wifi praktycznie nie działało. Mieliśmy ogromnie dużo szczęścia z lotem przez Amsterdam, gdyż wylądowaliśmy na nim 8 stycznia, pierwszy dzień kiedy samoloty zaczęły latać po kilkudniowym chaosie spowodowanym przez opady śniegu. Tysiące ludzi utknęło w Amsterdamie nawet na 3 dni nie mogąc nigdzie wylecieć, a nasz samolot był o czasie.

HOTELE

Podczas naszej podróży spaliśmy w aż 9 miejscach. W niektórych tylko 1 noc, bo inaczej trudno by nam było rozwiązać logistykę podróży (np. pierwszą noc spaliśmy niedaleko lotniska (w Golden Foyer Suvarnabhumi Airport Hotel), żeby odpocząć po długim locie, w Surat Thani (Baanthana Boutique Hotel) spaliśmy jedynie dlatego, że nie dalibyśmy rady w jeden dzień przejechać trasy z Hua Hin do Khao Sok i zdążyć na planowane atrakcje. Być może mogliśmy to rozwiązać inaczej, np zaplanować więcej noclegów w Khao Sok i ominąć ten w Surat Thani, ale wtedy nie zobaczylibyśmy kilku fajnych miejsc na trasie. Również noclegi w Khao Lak (o których nie pisałam wcześniej, bo w sumie nic tam nie robiliśmy) były spowodowane tym, że nie mieliśmy gwarancji, że uda nam się dostać z Khao Sok na Koh Yao Noi tego samego dnia. Żeby uniknąć stresu, Sylwestra spędziliśmy w hotelu The Briza Beach Resort Khao Lak. Wszystkie inne noclegi opisałam już w poszczególnych postach. Nasz najtańszy nocleg kosztował 1600 THB, a najdroższy ponad 10tys THB za noc, więc mieliśmy sporą różnorodność 🙂 Ale tak na prawdę z wszystkich noclegów byliśmy mniej lub bardziej zadowoleni.

BEZPIECZEŃSTWO I ZDROWIE

Z naszej perspektywy w dalszym ciągu Tajlandia to kraj bardzo bezpieczny i nie mieliśmy żadnych dziwnych, nieprzyjemnych czy niebezpiecznych sytuacji. O dziwo nawet małpy nie stanowiły dla nas problemu tym razem. Podczas całego wyjazdu spotkaliśmy na naszej drodze jedną małpę na Koh Yao Noi i po prostu zrezygnowaliśmy ze spaceru w tamtym kierunku.

Niestety, zdrowie tym razem średnio nam dopisało. Nie mieliśmy żadnych problemów żołądkowych, ale niestety gorączka dopadła większość ekipy. Adam zachorował jeszcze na dwa dni przed wyjazdem i leciał z dosyć wysoką gorączką. Na szczęście wyzdrowiał szybko na miejscu i już drugiego dnia w Tajlandii szalał na wodospadach Erawan. Kolejno zachorował Tomek, który z gorączką i wysypką odwiedził klinikę w Hua Hin (denga wykluczona). Kiedy Tomkowi się polepszyło zachorowała nam Gabi i jej niestety gorączka utrzymywała się najdłużej przez co ominęły ją atrakcje w Khao Sok, plażowanie w Khao Lak i częściowo na wyspie. Z Gabi również udaliśmy się do lokalnej kliniki, ale po wykluczeniu grypy i covidu odesłali nas z torbą leków.

Możesz również polubić…

Zostaw odpowiedź